Dlaczego nie należy prywatyzować NFZ
Z tematem mocuję się już od dłuższego czasu. Czasem ktoś sprowokuje, to znowu zawodowi politykierzy się wysilą na jakieś genialne myśli w sprawie "służby zdrowia" i tak dalej. Generalnie temat bardzo chwytliwy (specjalnie rzuciłem hasło prywatyzacja w nagłówku), nie tylko w środowisku emerytów i rencistów.
Teza jest bardzo prosta - prywatne ubezpieczenie zdrowotne służy wszystkim, tylko nie tym którzy naprawdę go potrzebują. W zasadzie udowadnia się ją nie za pomocą argumentów odwołujących się do jakiś idei humanitaryzmu, solidarności czy idei politycznych. Nie, do tego starczy najzwyklejsze zadanie z ekonomii matematycznej. Kto na studiach zaliczył ten przedmiot bez zżynania to dobrze wie, że żadna UBezpieczalnia (wyróżnienie pierwszych dwóch liter umyślne) nie będzie ubezpieczać kogoś, kogo koszty nie tyle leczenia, co utrzymania przy życiu będą wyższe od składki na to ubezpieczenie. I ten punkt w tym momencie odkreślamy jako prawdziwy - lojalnie uprzedzam że próba podważania tego faktu w komentarzach automatycznie kończy dyskusję i dalszą karierę komentatora na tym blogasku. Jeżeli komuś nie wystarcza, zapraszam dalej.
Dlaczego wyróżniłem, że chodzi o utrzymanie przy życiu, a nie o wyleczenie? Bo celem każdej firmy jest maksymalizacja zysku/wartości przedsiębiorstwa. W przypadku UBezpieczalni - dostarczycielem przychodów jest lojalny płatnik składek, któremu wiadomo że (prawie) nigdy nie przydarzy się coś, na wypadek czego się ubezpieczył. Jeżeli przypadkiem staje się inaczej - to UBezpieczniacy mają w odwodzie armię świetnie szkolonych gangste^^^prawników, którzy z pewnością udowodnią, że poszkodowanemu nie należą się żadne odszkodowania. W skrajnych przypadkach zdarzy się że rzucą jakiś ochłap - tylko kiedy koszta sądowe przewyższają wysokość świadczenia. Odkreślamy kolejny fakt.
Kwestia składek i opłacalności ubezpieczania działa też oczywiście w drugą stronę. Skoro ktoś zdaje sobie sprawę z niskiego prawdopodobieństwa jakiegoś poważnego zachorowania - czyli niskiej wartości oczekiwanej kosztów leczenia - to jasnym jest że nie wykupi ubezpieczenia. Żadnego, w ogóle - o ile oczywiście nie ma dużej awersji do ryzyka. Siak - kolejny fakt.
Teraz mała przerwa - składamy powyższe trzy fakty do kupy. Skoro nie ubezpiecza się chorych (bo się nie opłacają) i zdrowych ryzykantów (bo im się nie opłaca), zatem zostają nam lekko i rzadko chorujący, tudzież nie lubiący ryzykować. Niewielka ilość ubezpieczonych i relatywnie wysokie koszta ich leczenia w stosunku do sumy wpłaconych składek implikuje niski poziom finansowanych z ubezpieczenia świadczeń. Pamiętacie jakie było oburzenie, kiedy któryś tam minister zdrowia zapowiedział, że NFZ zrefunduje tylko najtańsze warianty zabiegów i medykamentów? Sądzicie, że "prywatny" zapłaci za te wszystkie nowinki techniczne, najdroższe leki i młode pielęgniarki? To już lepiej wierzyć w Dziadka Mroza.
Ale zawsze przecież można samemu odkładać na wypadek choroby, czyż nie? Można. O ile nie odkłada się na wypadek choroby, a na ładny pochówek. Pisałem już o tym w komentarzach i nie chcę się powtarzać. Można oczywiście dyskutować na temat prawdopodobieństwa i tak dalej - ale osobiście nie znam rodziny, w której by nie było kogoś chorego, ot choćby na raka. I jak już napisałem - nikt nie leczy raka z "prywatnych" pieniędzy, bo jest to najzwyczajniej niemożliwe do wydolenia finansowo. No chyba że nazywasz się Jobs tudzież Gates.
Tak jeszcze na odbicie piłeczki, jakoby NFZ pożerał ogromną ilość pieniędzy na administrację i inne bzdury. Zapraszam do konkursu - ile % kosztów NFZ stanowią koszty nie związane z leczeniem pacjentów? No, poużywajcie sobie. 10, 20 a może 30%? Fail, mniej niż dwa. Pół miliarda złotych mniej niż wyniósł zeszłoroczny deficyt.
To nie jest pean na cześć genialnego NFZ, bo nawet do stanu zadowalającego mu daleko. Warto tylko uświadomić fanbojom idealistycznego kapitalizmu, że poza czubkiem własnego nosa istnieje również coś więcej. O ile każdy z nas wespół z własną rodziną jest w stanie zapewnić sobie coś co możemy nazwać bezpieczeństwem czy wolnością (ot choćby od biedy) - to niestety, sami sobie wolności od chorób (a właściwie ich skutków) zapewnić sobie nie możemy.
Oczywiście zawsze można zastosować teorię ewolucji wprost. Ale sądzę, że trafniejsze (i nieco bardziej smutne) będzie stwierdzenie, że tak naprawdę nie ma przeciwników eutanazji. I lewacy i liberałowie będą ją stosować (tyle że w nieco inny sposób) argumentując to "wolnością". Chromolę taką waszą wolność.
P.S.: Nie uważam, że "służba zdrowia" (co do cholery w ogóle oznacza ten termin?) ma być "bezpłatna". Wręcz przeciwnie. Dostęp do niej powinni mieć tylko ubezpieczeni - bezwarunkowo, na równych zasadach. Ubezpieczeni od faktycznego zachorowania - a nie od przeziębienia. Jak dokładnie widziałbym jego funkcjonowanie to temat na inny wpis.
Przypominam o cenzurze w komentarzach, która nie obejmuje kulturalnych dyskutantów.
Odzyskać świadomość
Dość długo się zbierałem, żeby napisać ten tekst. Błyskotliwego pomysłu na początek nie mam, ale nie w tym rzecz. Cofnijcie się w czasie o dwa tygodnie. Jest sobota, 10 kwietnia 2010 roku. Wszelkie programy telewizyjne, audycje radiowe i portale internetowe przekazują tylko jedną wiadomość - Prezydent i kilkadziesiąt ważnych osób, sprawujących funkcje państowe zginęli w katastrofie samolotu. Co było uderzające, praktycznie od razu można było zauważyć kogo ta tragedia dotknęła osobiście, kto faktycznie to przeżywał. Kto oglądał relacje, wie o kim mowa, nie to jest tu najważniejsze.
Istotniejszy jest wizerunek prezydenta Kaczyńskiego, jaki był roztaczany w mediach przez kilka pierwszych dni po katastrofie. Same superlatywy - wybitny, inteligentny i uczciwy polityk, mąż stanu, ciepły, uprzejmy i dobry człowiek, patriota... Patriota. O proszę. Tego by się człowiek w medialnych gębach nie spodziewał. Ale jednak przeszło. Niech będzie, w końcu żałoba, wszelkie chwyty dozwolone. Myślę że ten potężny, może to niewłaściwe słowo w obliczu śmierci, "pozytywny" przekaz medialny, wzbudził w ludziach większy żal, niż w przypadku śmierci kogokolwiek innego, nie mniej ważnego. Myślę też, że ten przekaz w jakiś sposób zachęcił jakąś rzeszę ludzi, żeby na te ulice wyjść.
Jasnym i spodziewanym było że ludzie wyjdą na ulice, aby uczcić pamięć zmarłego Prezydenta i wielu innych ważnych osób. Wielu z nich oczywiście wcale nie potrzebowało tego "sygnału" z mediów, ale pewnie sporo takich też było. Oczywiście w relacjach "Gazety Wyborczej", w "cytowanych" rozmowach najważniejsze było żeby podkreślić, że "nie popierałem tego prezydenta", "nie głosowałem na niego" i tak dalej (przykład wtrącenia, co prawda trochę innego). W momencie kiedy je pierwszy raz czytałem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ten w pewnej części "spędzony" tłum zyskuje świadomość...
Świadomość tego, że po Kaczyńskim nie płacze Ciemnogród, mohery i łysi skini z NOP, ale motyla noga, każdy dookoła. Że Polak - katolik - patriota to nie jest obelga, oznaka bycia kimś gorszym. Że wszyscy dookoła modlą się. Że do ciężkiej cholery, wszelkie medialne bzdury o jakiś podziałach, na bydło i nie bydło są kompletnie fikcyjne. Nie mówię tu o zjednoczeniu w sensie zmiany poglądów politycznych czy jakiejś współpracy sensu stricte, ale o zjednoczeniu w sensie, że wszyscy stojący w tym tłumie czują się Polakami i nie wstydzą się tego.
W jednym miejscu znajdują się nagle ludzie, którzy nie tyle myślą, co czują tak samo. Nie dlatego, że ktoś im kazał, albo że "owczy pęd" tłumu tak nakazuje. Mieliśmy do czynienia czymś zupełnie innym. Sądzę, że mnóstwo spośród żałobników, zaczęło sobie myśleć - "Jeżeli wszyscy wokół są w żałobie, to gdzie są ci z tej drugiej strony?". Ludzie w tłumie zyskali świadomość nie poprzez nacisk tłumu, a poprzez to że znaleźli się w sytuacji, której nie potrafili sobie w żaden sposób wyobrazić, a kiedy przyszło im przed nią stanąć - okazało się że wszyscy czynią tak samo. Wszyscy razem, a jednocześnie niezależnie od siebie. To musiało wywołać dysonans poznawczy.
Myślę, że medialni bossowie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Dlatego trzeba było w jakiś sposób wywołać sztuczny konflikt. Stąd i "afera" z pochówkiem na Wawelu, "spontaniczne demonstracje" (posuwające się do wandalizmów) i wielka ruchawka medialna, sugerująca, że "Wawel podzielił Polaków". Bullshit. Banda dzieciaków z fejsbóka, czująca się "intelektualną elitką", która nie potrafiła się zdobyć na to, żeby na własne oczy zobaczyć żałobę, wspierana przez dyżurne autorytety z GW nie była już w stanie zachwiać uczuć i świadomości żałobników. Nikt ze stojących w kolejce do trumien pary prezydenckiej nie wyszedł z kolejki na wieść o tym, że Państwo Kaczyńscy zostaną pochowani na Wawelu. Ludzie doskonale zdali już sobie sprawę z fałszu, jaki miał miejsce w mediach, jaki był pompowany do ich głów przez wszystkich medialnych "mędrców". Odczucia tłumu świetnie wyraził tydzień temu Robert Mazurek.
Jeżeli ktoś dysponuje większą ilością czasu, to może włączyć sobie ostatnie dwa wydania "Warto Rozmawiać", rozmowy ze zwykłymi ludźmi są chyba najlepszym poparciem tego co napisałem powyżej. Szczególnie poruszają słowa zwykłych ludzi.
Banda medialnych "dyżurnych autorytetów" i pozostałych specjalistów od mówienia wszystkim dookoła jak mają myśleć, straciła swoją władzę bezpowrotnie. Ostatecznym dowodem na to, była sprawa związana z masowym żądaniem "zdjęcia" TVN z telebimów rozstawionych na krakowskim rynku podczas pogrzebu. Dlatego teraz będą opluwać wszystkimi możliwymi sposobami, jakichkolwiek ludzi, którzy w te dni zrozumieli, że jedyną rzeczą która chce podzielić Polaków nie są poglądy, religia czy cokolwiek innego - tą rzeczą są media. Dlatego teraz będą straszyć "demonami patriotyzmu", stosować najbardziej obrzydliwe chwyty - bo dobrze wiedzą że stracili swoją władzę nad ludźmi. Nad tłumaczeniem, co jest dopuszczalne, a czego należy się wstydzić. Kto jest inteligentem, a kto może być conajwyżej pisowskim bydłem, ciemnogrodzkim katolem albo nacjonalistycznym pospólstwem. Bo tylko w ten sposób są w stanie sterować myślami.
Piechuła twierdzi, że tylko idioci łapią się na chwyty GW. Kogoś, kto przy nagłym zderzeniu z rzeczywistością nie zauważył jej, ani zrozumiał tego, że podział istnieje tylko na płaszczyźnie prawda - fikcja, możemy tak nazwać.
P.S. Darowałem sobie wstawianie większej ilości przykładów z GW, niech za sam komentarz starczy to że niecałe 2 tygodnie temu usunąłem ją z czytników RSS, a dzisiaj, na potrzeby tego tekstu po raz pierwszy tam zajrzałem.
P.S. 2 Zdecydowanie odświeżyłem także szatę graficzną, mam nadzieje że się spodoba.